sobota, 23 września 2017

Bergen, miasto deszczu






W środę,  20  września  przez  chwilę  oglądałam  jazdę   indywidualną na  czas mężczyzn w mistrzostwach   świata w kolarstwie szosowym... Odbywają się w  Bergen,  w  najbardziej  mokrym  mieście  Europy... Tego  dnia  deszcz spływał nieustannie strugami zalewając ulice miasta...
Jadąc drogą nr 7  z  Oslo do Bergen mieliśmy cały czas cudowną pogodę... To była niezwykle urzekająca  trasa pełna wspaniałych widoków... Miałam cichą nadzieję, że miasto będzie dla nas łaskawe i gdy będziemy go zwiedzać towarzyszyć nam będzie  skandynawskie słońce...
Wieczorem  zameldowaliśmy  się  w  hostelu  Montana...  Gdy  w środku  nocy  przebudziłam się, usłyszałam padający deszcz, który uderzał o szyby i dosłownie  spływał  po  nich  strumieniami...  Nagle zagrzmiało, po chwili błyskawice  przecięły niebo i oślepiająco mignęły ponad... Nad miastem rozpętała się prawdziwa burza z błyskawicami i piorunami ...  
A  o  poranku,  miasto  otulała  mgła...  Po  godzinie,  może  dwóch  zaczęła  się  przeświecać  i  podnosić  się  w  górę... Zobaczyłam najbliższe otoczenie, lecz dalsze plany zlewały się całkiem z szarym,  bezbarwnym  niebem...  Zaczął padać drobny deszcz... Potem nadciągnęły ciemne chmury... Bergen ma  umiarkowany klimat oceaniczny i z tego powodu doświadcza obfitych opadów deszczu we wszystkich porach roku... By tam dojechać należy pokonać wiele tuneli... W jednym z nich były nawet ronda... Może dla kogoś to żadna niespodzianka ale dl mnie, tak...







Bergen, drugie co do wielkości miasto w Norwegii... Nazywane jest "drewnianym miastem" lub "bramą do fiordów"...  Znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO... Miasto założył około 1070 roku król Olaf III Spokojny, nazywany również Pokojowy, lub Cichy... Za jego panowania naród Norwegii doświadczył rzadkiego, przedłużonego okresu pokoju... Był człowiekiem niezwykle szlachetnym i sprawiedliwym...
Bergen do 1299 roku było stolicą Norwegii... W czasie swojej długiej historii było niszczone przez wojny, ale od początku było ważnym centrum handlowym
i centralnym portem dla zachodniej Norwegii... Było też miastem najbardziej wysuniętym na północ Ligi Hanzeatyckiej... Ta organizacja kupiecka, nie stroniła od używania oręża w celu pilnowania swoich interesów... I kiedy rada królewska w XIII wieku próbowała ograniczyć potęgę Hanzy, ta odpowiedziała blokadą morską, nie dopuszczając do portu w Bergen transportu zbóż... W końcu doszło do ugody, ale konflikty wciąż istniały...







Na niebie, nad miastem wisiały ciężkie, ołowiane chmury, na domiar złego zaczął padać ulewny deszcz...  Dla mnie spacer w taki czas  nie należy do  miłej przyjemności a tym bardziej do ekscytującej... Nie mogłam wrócić do hostelu
i tam gapić się w niebo... Jeszcze tego dnia miałam jechać w kierunku fiordów, bo Bergen jest idealnym punktem startowym do ich poznania... Ruszyłam
w kierunku Vågen, starego portu, wokół którego od XIII wieku rozwijało się miasto... Kręciłam się trochę po urokliwych uliczkach...  Zaczynało mocno padać... W tym czasie odwiedziłam bardzo interesujące Muzeum Ligi Hanzeatyckiej... Chciałam je poznać ponieważ przez cztery wieki w Bryggen dominowali hanzeatyccy kupcy...  Idę w kierunku  Engen by zobaczyć wnętrze teatru Den Nationale Scene ... Niestety, w tym dniu odbywała się próba generalna i nie wpuszczano żadnych turystów... Przez chwilę zatrzymałam się przed dużym pomnikiem  Ibsena, który stoi w pobliżu teatru... Rzeźbiarz  Nils Raa jakoś kosmicznie przedstawił twarz dramatopisarza norweskiego...  Miałam wiele planów na ten dzień... Cieszyłam się na poznanie tego miasta... Chciałam  koniecznie zobaczyć dom Edwarda Griega bo lubię jego muzykę połączoną
z folklorem norweskim ale deszcz wszystko pokrzyżował... Dojazd tam  jest wyjątkowo stromy a w taki czas trochę niebezpieczny...








Byłam trochę zaskoczona brakiem tłumów i rzeszy turystów... Oczywiście, to może być  wina pogody, która w taki czas nie rozpieszcza i lepiej przebywać w hotelu...  W upalne dni mieszkańcy Bergen tłumnie  spędzają miłe chwile na tym skwerze przy rzeźbie "Leżącego Pety" Hansa Meyera...  W tym mieście jest wiele pomników, moją uwagę przykuła piękna rzeźba "Matka i dziecko" Gustawa Vigelanda...






Bergen jest piękne i bardzo czyste ale ze względu na pogodę nie zakochałam się w tym mieście od pierwszego  wrażenia... Na głównym rynku, który jest niewielki,  znajduje się... targ rybny pełen zgiełku od samego rana. Rybacy codziennie zapełniają stragany rybami, łososiem, krabami, krewetkami, mięsem z wieloryba... Można tutaj kupić kanapki z surowymi rybami, mięsem renifera,
z kawiorem oraz przeróżne przekąski... Stoły uginają się pod ciężarem śledzi, wędzonych łososi... Można nabyć ryby suszone... Brrr, okropnie śmierdzące... Sprzedawane są kiełbasy z lokalnego mięsa: łosia, renifera, wieloryba oraz jelenia... Nie mogło zabraknąć brązowego sera Brunost... Znajdują się również stragany z kwiatami, warzywami i owocami... Nie jestem z tych co spoglądają na ceny a potem do portfela... Ja po prostu  nie jem wielu rzeczy i nawet nie próbuję  w tym eksperymentować...  Owszem, ceny w Norwegi są  trochę szokujące...  Wypiłam filiżankę kawy i kupiłam jedynie truskawki... Na początku lipca  kosztowały 7 Euro za kilogram...









Spacerowałam wśród drewnianych domków nabrzeża  w Bryggen...  To  są jedne z najpiękniejszych zabudowań portowych na świecie... Zabytkowe domy są prześliczne... Są w kolorach soczystej żółci, pomarańczy, czerwieni a także bieli... Kiedyś  były centrum handlu rybami złowionymi na  Lofotach...  Dzisiaj są tutaj butiki, sklepy z rękodziełem, puby, kafejki, restauracyjki i muzea historyczne... Te kolorowe domki stały się architektonicznym symbolem Norwegii... Ułożone są w szeregu i oddzielone od siebie bardzo wąziutkimi uliczkami, nad którymi zamykają się dachy sąsiednich budynków... Wiele z nich zniszczyły pożary, ale za każdym razem skrupulatnie je rekonstruowano...





Jednym z najstarszych i najlepiej zachowanych zabytków w mieście jest Twierdza Bergenhaus... Zbudowano ją około 1100 roku  i składa się z kilku budowli, w tym z dwupiętrowej, kamiennej wieży Rosenkrantz, która została nieco zmodyfikowana w 1520 roku... Hmm, chcieliśmy podziwiać "Świat z góry", sorry, - Bergen z góry... Tym razem odpuściliśmy..  Wyjazd Fløibanen na wysokość 320 metrów nad miastem  nie miał sensu... W deszczową pogodę nie można podziwiać najwspanialszych widoków miasta i jego otoczenia...






Jak zapamiętałam Bergen? jako miasto deszczu, ale i cudownych, kolorowych domków ze spadzistymi dachami, kwiatów i mnóstwa zieleni... Jest niezwykle piękne, pełne uroku, klimatu i co najważniejsze  nie ma wysokich blokowisk... Pomimo padającego deszczu,  chętnie bym tam  jeszcze kiedyś wróciła... Ach, zapomniałam, w lipcu można   podziwiać kwiaty wiosny i... lata. Prawda?, że to rzadko się zdarza?


Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Ciągle pada, życzę słonecznych, jesiennych dni...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam...


środa, 20 września 2017

Vathia, kamienne wieże






wspomnienia są dobre na jesień
na chandrę, frustrację, i cień
to piękne milionem uniesień
wspominać przebrzmiały już dzień

gdy wieczór się czai za oknem
na czarno maluje nam świat
wspomnienia do siebie przyciągnij
noc magia obejmie czar lat

gdy  w smutnym pogrążysz się dniu
gdy stosy ułożysz zmartwienia
oddalisz się smutkiem od snu
ocalą cię Twoje wspomnienia

pozostaw na jesień wspomnienia,
na słotę, zawieję, i deszcz
to piękne milionem uniesień
wspominać przebrzmiały już dzień

(Krystyna Walas Bugajczyk)










Wracam wspomnieniami do dnia w którym  odwiedziłam  Mani  "środkowy palec" Peloponezu... Jest najdalej wysuniętym na południe półwyspem Grecji... Kiedy  tu dotarłam od pierwszego momentu zaskoczył mnie  krajobraz...  Nigdzie takiego nie oglądałam... Był zdziczały, ale i budzący poniekąd  lekką  grozę... Tak to wtedy odbierałam... Za sprawą piasku z Sahary brakowało kolorów... Tego dnia  pył piaskowy prawie zakrył  słońce... Niebo i morze wydawało się szare... Mimo to, moje  przeżycie są niezapomniane... Wspominam strome, niedostępne góry...  Szarawe skały, porośnięte kępkami zielonych krzaczków... Nie widziałam nigdzie pól uprawnych... Ta ziemia pozwalała rosnąć jedynie ogromnym opuncjom, figowcom i karłowatym drzewkom oliwnym... Surowe oblicze przyrody niesamowicie współgrało z charakterystyczną zabudową półwyspu... Widoczne z daleka skaliste wzgórza naszpikowane były wysokimi, kamiennymi  wieżami...  Niektóre stały pojedynczo i odniosłam wrażenie, że samotnie pełnią straż nad tym jałowym, dzikim regionem...  Inne były w grupach, kolejne popadły w ruinę ale były i  takie, które przypominały fortece... Wybrałam  miejsce, które zachwyca majową porą ze względu na obfitość dzikich kwiatów, które obrastają okoliczne wzgórza... Mimo kwitnących kwiatów cała sceneria tego obszaru jest magiczna, a krajobraz kojarzy się z przeszłością... Tym miejscem była niewielka wieś Vathia, prawdziwy relikt minionej epoki i wyglądający jak terytorium duchów...  Ta niewielka miejscowość była niemalże całkowicie opuszczona... Tu czas zatrzymał się kilka wieków temu...





Półwysep Mani i wioska Vathia zachwyciła mnie błogim spokojem... Miałam odczucie, że jest to zapomniana kraina...  Czas ominął półwysep, dlatego zachowały się liczne zabytki... Wśród nich króluje 800 kamiennych wież,  które zachwycają dziwacznymi rozmiarami i kształtami... Co ciekawe, służyły jako wieże obronne a także  mieszkalne...  Dlaczego obronne?  Od XV do końca XIX wieku rządzili tutaj wodzowie klanów, które w tamtych czasach nieustannie prowadziły między sobą krwawe  walki o skrawki uprawnych pól, skrawek lądu oraz władzę... Wojna,  trwająca  niekiedy przez wiele lat, kończyła się z chwilą  zabicia ostatniego   mężczyzny z domu przeciwnika  lub w momencie poddania się całego klanu... Kobiety nie brały udziału w wojnach, przecież ktoś musiał zajmować się domostwami i poletkami...








Nie uwierzyłam własnym oczom w to co widzę, i przetarłam je ręką  ... Na tych kamienistych wzgórzach rosły łany cudownych złocieni,  drapacza lekarskiego, czerwone i żółte maki... Wzgórza obfitowały w aromatyczne zioła takie jak:  tymianek, rozmaryn, szałwia, lawenda,  oregano... Powietrze przepełnia ich nieziemski zapach..  Muszę przyznać, że takie widoki i zapachy  były  dla mnie sporą niespodzianką... Wśród ruin  rozkwitały białe i różowe oleandry... Spacerując pośród kamiennych wież, dostrzegłam samotny krzew róży, który wzbudza mój podziw... Zerwałam jeden kwiat by w napotkanej kapliczce położyć go pod niewielkim krzyżykiem ...






Manijczycy są dumni ze swojej przeszłości, dlatego nawet nowe budynki wyglądem przypominają stare budynki... Waleczność mieszkańców i militarna architektura sprawiły, że Mani nigdy nie dostała się pod obce panowania... Historia półwyspu i tego miejsca zaczyna się w XV wieku kiedy zaczęli przybywać tutaj tłumnie uchodźcy z okupowanych przez Turków terenów ówczesnej Grecji...  Jak głosi miejscowe powiedzenie, podobno potrzeba trzech dni, żeby zwiedzić półwysep Mani, trzech miesięcy, żeby się po nim powłóczyć, i aż trzech żyć, żeby zrozumieć jego duszę... Jedno życie będzie zużyte na odkrywanie morza, drugie na pobyt w górach, a trzecie na poznanie ludzi...






Okupacja turecka  trwała w Grecji  przez blisko 400 lat... Od 1821 - 1830 roku trwają walki z okupantem... W 1830 roku konferencja  londyńska przyznaje krajowi pełną niepodległość... Powoli następuje stabilizacja w kraju...  W 1870 roku na półwysep wkracza armia i zakazuje wendety...  Mam wrażenie, że mieszkańcy nie umieją żyć bez walki i zabijania... Opuszczają swoje domostwa i przenoszą się do większych miast  lub wyjeżdżają za granicę... Wieś  została  porzucona   pod  koniec  XIX  wieku, pustoszeje i  powoli  zaczęła  popadać  w ruinę... Na szczęście w 1990 roku  Grecka Izba Turystyczna zaczęła kamiennym wieżom przywracać nowe życie... W odbudowanych domach powstają niewielkie hoteliki i kwatery dla turystów... Kamienne wieże przechodzą również w ręce spadkobierców. ponieważ zaczynają być  świadomi  jaki  skarb  posiadają  w  czasach  ciągle  rozwijającej  się  turystyki...
Żegnam się z  niezwykle pięknym, najbardziej odludnym,  najdzikszym i tajemniczym półwyspem Mani, gdzie  zobaczyłam niezwykłe wieże, budowane przez bogate klany, które prowadziły krwawą wendetę między rodzinami...







Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam...